To chyba ten wycinek prasowy sprawił, że postanowiłam zgłosić Podróże w czasie do konkursu Blog Roku 2012. Nie piszę o spektakularnych wyprawach, nie byłam na Antypodach ale pomyślałam - do cholery a który Australijczyk był w dolnośląskim Goszczu ? Miejsca odległe które jawią nam się jako piękne i egzotyczne są bardzo często nieosiągalne z przyczyn finansowych ale czy dla ich mieszkańców nie są piekielnie nudne ? Tak sobie myślę ile razy dziennie można przejeżdżać do pracy obok piramid nawet ich nie zauważając podczas gdy w tej samej chwili jakieś czterdzieści tysięcy osób z różnych, dalekich zakątków świata marzy o tym żeby je ujrzeć. Ile jest takich miejsc o których nie słyszał nikt a przebijają swoją urodą zadeptane przez turystów szlaki ? O ilu rzeczach nie wiemy, bo nie napisali o nich na Onecie i nikt nie wrzucił wzmianki na Facebooka. Nie dajmy się zwariować, odkrywajmy świat po swojemu bez względu na to, czy mamy hopla na punkcie wędrówek czy nie. Ciągle wierzę, że pozostało wiele ścieżek do odkrycia i wiele marzeń do spełnienia. A konkurs jest jednym z takich małych marzeń, wziąć w nim udział, nic nie wygrać, nie popełnić przez to zbrodni i dalej robić swoje :)
Łączna liczba wyświetleń
środa, 9 stycznia 2013
niedziela, 23 grudnia 2012
Magia Świąt
| Jarmark w Dreźnie. |
![]() |
| Tłumy turystów na jarmarku w Dreźnie. |
Dla
przykładu, Grzegorz Sobel w książce „ Przy wrocławskim stole”
pisze: w celach handlowych cukiernicy przygotowywali pojedyncze
figurki, które można było kupić na świąteczny stół. W 1836
roku berliński cukiernik Rungsch zaprezentował we Wrocławiu górski
krajobraz z ruinami zamku Książ w tle oraz zajazd ze stodołą na
pierwszym planie. Z zajazdem łączył się mały ogródek piwny z
wesołym towarzystwem, na wzgórku pasły się krowy i owieczki,
przed wiatrakiem zaś znajdowali się młynarze, a drogą
przechadzali się spacerowicze, rolnicy podążali do swych zajęć,
przejeżdżał powóz z podróżnymi zaprzęgnięty w dwa konie.”
Widzicie to ? A teraz niech do Was dotrze, że to
wszystko było wykonane z czekolady, marcepanu, pierników bogato
okraszonych lukrem. Tego właśnie brakuje na dzisiejszych jarmarkach
– dawnych tradycji mistrzów cukiernictwa czy szefów kuchni którzy
z okazji świąt próbowali pobić rekord w upieczeniu największego
pasztetu w Europie. Obecnie można połamać zęby na piernikach
albo uraczyć się paskudnym żelkiem długości węża boa.
A może po prostu się czepiam, bo nie potrafię odpuścić przygotowań do świąt, nie potrafię pójść na łatwiznę albo zamiast walczyć w kuchni wyjechać na tydzień do SPA żeby zregenerować zszargane nerwy. Nie wiem dlaczego zawsze w okresie przedświątecznym czuję się jak po trzech sesjach na siłowni, jak inni to robią, że podchodzą do świąt z takim dystansem, zupełnie bez stresu. I chociaż z każdej strony bombardują nas promocje, super oferty i mówiące ludzkim głosem karpie to jednak doszłam do wniosku, że nie można kupić wszystkiego – niepowtarzalnej atmosfery świąt w moim domu. Naprawdę nie zamieniłabym tego czasu spędzonego z mamą przy lepieniu uszek na paczkę gotowych wyrobów zakupionych gdzieś w markecie, chociaż czasami zastanawia mnie, dlaczego wymazane po uszy mąką lepimy te delicje w ilości przemysłowej - wystarczającej na trzy lata do przodu. Rozczulają mnie opowieści taty o tym że kiedy był mały to na pierwszy dzień świąt zawsze przyrządzało się zająca. Wisiał ten futrzak, oczywiście pozbawiony życia, kilka dni na zewnątrz, w mrozie żeby mięso dobrze skruszało. Tak, wiem - to drastyczne o czym piszę i zupełnie nie nowoczesne ale mam to w nosie i tak naprawdę ciągle się zastanawiam - gdzie ja dziś dostanę zająca ??? I tylko najstarsza, poszarpana i pełna pożółkłych kartek książka kucharska jaką mamy w domu potwierdza swoją zawartością, że faktycznie kiedyś sprawianie zająca to było coś ! A jego przygotowanie w odsłonie po Polsku a do tego w śmietanie było nie lada wyczynem.
Uwielbiam moje psy, udające na co dzień depresję, które w czasie świąt asystują przy pracach w kuchni i podążają za mną wzrokiem jak kibice tenisa ziemnego za piłką, a nuż coś im skapnie. Pachnąca choinka, żywa o co niekiedy toczy się wojna i jej ubieranie - zawsze na bogato, we wszystkie kolory i ozdoby świata. I ta najważniejsza, najwspanialsza, wciąż cała – pięćdziesięcioletnia bombka z której zeszła już prawie cała farba. Drzewko ustawiamy w rogu pokoju - ale w domu dziadków zgodnie z tradycja choinka wisiała na haczyku podwieszona przy suficie. W Wigilię tato przynosi od sąsiada odrobinę siana, żeby podłożyć je pod zawsze biały obrus, a potem rozpoczyna przyrządzanie swojej popisowej potrawy - ziemniaczanych kulek. Nie pytajcie mnie na czym polega ich fenomen ale w moim domu można je zjeść tylko w święta i nikt nie potrafi ich tak przyrządzić i doprawić jak tato chociaż wydawać by się mogło, że to prosta receptura. Kryształowa i bardzo ciężka patera na której kładziemy opłatek jest bardzo stara i tak naprawdę używa się jej tylko raz w roku. Ze zdjęcia na ścianie spogląda na nas babcia Jadwiga, która umarła jak miałam kilka miesięcy ale wciąż wszyscy mi powtarzają , że jestem do niej podobna a ja uparcie twierdzę, że ją pamiętam. Prezenty wręczamy sobie po Wigilii chociaż kiedyś dawno temu jak pisze Sobel „ zgodnie ze zwyczajem prezenty wyciągano dopiero po pasterce gdy mama zadzwoniła przy choince dzwoneczkiem”. Ciekawe czy dzisiaj jeszcze gdzieś kultywuje się taką tradycję ?
![]() |
| Jarmark we Wrocławiu. |
A może po prostu się czepiam, bo nie potrafię odpuścić przygotowań do świąt, nie potrafię pójść na łatwiznę albo zamiast walczyć w kuchni wyjechać na tydzień do SPA żeby zregenerować zszargane nerwy. Nie wiem dlaczego zawsze w okresie przedświątecznym czuję się jak po trzech sesjach na siłowni, jak inni to robią, że podchodzą do świąt z takim dystansem, zupełnie bez stresu. I chociaż z każdej strony bombardują nas promocje, super oferty i mówiące ludzkim głosem karpie to jednak doszłam do wniosku, że nie można kupić wszystkiego – niepowtarzalnej atmosfery świąt w moim domu. Naprawdę nie zamieniłabym tego czasu spędzonego z mamą przy lepieniu uszek na paczkę gotowych wyrobów zakupionych gdzieś w markecie, chociaż czasami zastanawia mnie, dlaczego wymazane po uszy mąką lepimy te delicje w ilości przemysłowej - wystarczającej na trzy lata do przodu. Rozczulają mnie opowieści taty o tym że kiedy był mały to na pierwszy dzień świąt zawsze przyrządzało się zająca. Wisiał ten futrzak, oczywiście pozbawiony życia, kilka dni na zewnątrz, w mrozie żeby mięso dobrze skruszało. Tak, wiem - to drastyczne o czym piszę i zupełnie nie nowoczesne ale mam to w nosie i tak naprawdę ciągle się zastanawiam - gdzie ja dziś dostanę zająca ??? I tylko najstarsza, poszarpana i pełna pożółkłych kartek książka kucharska jaką mamy w domu potwierdza swoją zawartością, że faktycznie kiedyś sprawianie zająca to było coś ! A jego przygotowanie w odsłonie po Polsku a do tego w śmietanie było nie lada wyczynem.
Uwielbiam moje psy, udające na co dzień depresję, które w czasie świąt asystują przy pracach w kuchni i podążają za mną wzrokiem jak kibice tenisa ziemnego za piłką, a nuż coś im skapnie. Pachnąca choinka, żywa o co niekiedy toczy się wojna i jej ubieranie - zawsze na bogato, we wszystkie kolory i ozdoby świata. I ta najważniejsza, najwspanialsza, wciąż cała – pięćdziesięcioletnia bombka z której zeszła już prawie cała farba. Drzewko ustawiamy w rogu pokoju - ale w domu dziadków zgodnie z tradycja choinka wisiała na haczyku podwieszona przy suficie. W Wigilię tato przynosi od sąsiada odrobinę siana, żeby podłożyć je pod zawsze biały obrus, a potem rozpoczyna przyrządzanie swojej popisowej potrawy - ziemniaczanych kulek. Nie pytajcie mnie na czym polega ich fenomen ale w moim domu można je zjeść tylko w święta i nikt nie potrafi ich tak przyrządzić i doprawić jak tato chociaż wydawać by się mogło, że to prosta receptura. Kryształowa i bardzo ciężka patera na której kładziemy opłatek jest bardzo stara i tak naprawdę używa się jej tylko raz w roku. Ze zdjęcia na ścianie spogląda na nas babcia Jadwiga, która umarła jak miałam kilka miesięcy ale wciąż wszyscy mi powtarzają , że jestem do niej podobna a ja uparcie twierdzę, że ją pamiętam. Prezenty wręczamy sobie po Wigilii chociaż kiedyś dawno temu jak pisze Sobel „ zgodnie ze zwyczajem prezenty wyciągano dopiero po pasterce gdy mama zadzwoniła przy choince dzwoneczkiem”. Ciekawe czy dzisiaj jeszcze gdzieś kultywuje się taką tradycję ?
Przed
świętami i w ich trakcie jesteśmy razem i to jest najważniejsze
Ci którzy żyją i Ci którzy odeszli, w tym wyjątkowym czasie
spotykamy się przy jednym stole. Dlatego nie dajcie sobie zamydlić
oczu obecnie panująca modą na święta w stylu light, święta w
ośrodku wczasowym, święta bez przygotowań i oczekiwania bo w
tych wszystkich pracach do których często brakuje nam cierpliwości,
ukryta jest ich cała magia a czasu który teraz spędzicie ze swoimi
bliskimi później nie podaruje Wam już nikt.
WESOŁYCH
ŚWIĄT !!!
środa, 28 listopada 2012
Z wizytą u Jego Jaśnie Oświeconej Wysokości Jana Adama II
![]() |
| Herb Lichtensteinu. |
I jak tu nie napisać, że czułam
się tam jak w domu i nie wyjść przy tym na snobistyczną, arystokratyczną
bździągwę która w rzeczywistości z arystokracja ma wspólne tylko nazwisko i
może czasami, w niezwykle rzadkich przypadkach maniery. A jednak urodziłam się i wychowałam w takiej
a nie innej rodzinie, z takim a nie innym nazwiskiem i bardzo często zapominam
jakie wrażenie ono wywołuje. No bo
właściwie dlaczego tak się nazywam i ile mam wspólnego z wujkiem Janem i ciocią
Marią którzy rezydują w Vaduz – stolicy Lichtensteinu ? Odrzucając
rozgoryczenie, że nigdy nie zapraszali mnie na wakacje i wydawane kilka razy do
roku przyjęcia sama postanowiłam zrobić im niespodziankę. Podróż do serca tego
małego i pięknego księstwa nie trwała długo ale wujostwo przebywali właśnie na
nartach w Chamonix więc pocałowałam klamkę. Myślę, że gdybym ich uprzedziła o
swoim przyjeździe to do tej wspaniałej, kutej, złotej klamki podłączyli by
elektrycznego pastucha z powodzeniem
stosowanego w naszych Bieszczadach albo paralizator, ot żebym dostała nauczkę i
nigdy już nie wracała. A tak wciąż się błąkam po całej Europie od pałacu, do
parku przez muzea a nawet uzdrowiska powołane do życia przez fortunę należącą
do tego zacnego rodu i szukam sensu własnego istnienia. Bo komu by
przeszkadzało gdybym to ja szusowała po stokach masywu Mont Blanc a oni na
przykład co sobotę odkurzali mi cały dom. Czy proszę o zbyt wiele ?
![]() |
| Zamek w Vaduz. |
Najdziwniejsze jest jednak to,
że z biegiem czasu czytając coraz więcej o Lichtensteinach i zwiedzając ich
ociekające bogactwami posiadłości docierało do mnie bardzo ale to bardzo
powoli, że to ród delikatnie mówiąc lekko stuknięty.
No bo kto podpisał rozejm z
Napoleonem po bitwie pod Austerlitz ? Kto wjechał w ociekającej złotem karecie
do Wersalu, jak pisała Isabelle Bricard „której wspaniałość przewyższała nawet
przepych powozów Króla Słońce” ? Kto pobił rekord w najdłuższym – 71 letnim panowaniu
w Europie do tego zachowując stan
kawalerski ? Kto miał 36 dzieci ? Albo kto wstąpił na tron w wieku 76 lat ? Kto
miał papieża za ojca chrzestnego ? Kto chciał sprzedać księstwo Billowi
Gatesowi i zmienić nazwę kraju na Microsoft ? Dzięki komu ten mały skrawek
ziemi ma stopę życiową na poziomie Kuwejtu ? Kto jest posiadaczem największej
na świecie kolekcji malarstwa - 1600 płócien w tym 27 Rubensa, wartej bagatela
cztery miliardy euro ? Kto sprzedał najcenniejsze dzieło z tej kolekcji czyli
Ginevra dei Benci pędzla Leonarda da Vinci waszyngtońskiej National Gallery of
Art ? Do dzisiaj kwota transakcji pozostaje tajemnicą. Kto zakupił gigantyczną
farmę w Teksasie powiększając majątek rodu ? Albo kto dostał łomot pod
Grunwaldem ? W jakim kraju nie występuje pojęcie i problem podatków ? Jednak
moje ulubione pytanie brzmi – dlaczego hymny Lichtensteinu i Wielkiej Brytanii
mają taką samą melodię ?
![]() |
| Ginevra dei Benci Jedyny obraz Leonarda da Vinci znajdujący się w USA. |
Czy teraz rozumiecie że nie
mogę sobie znaleźć miejsca i wciąż szukam odpowiedzi na dręczące mnie pytania
co ja tutaj robię ? Bez względu na to czy jestem w Wiedniu, Vaduz, błąkam się
po Polsce, Węgrzech czy czeskich Morawach zawsze odnajduje ślady Jego Jaśnie
Oświeconej Wysokości. Lichtensteinowie byli właścicielami 24 miast, 35 osad,
756 wsi oraz 46 zamków i pałaców rozsianych po całej Europie. Byli - bo część
dóbr została im nieprawnie odebrana
najpierw po rozpadzie Austro-Węgier w 1918 roku, później w 1948 roku
przez komunistyczne władze Czech, Polski i Węgier. Całe szczęście dzisiaj ród
może żądać i co ciekawe żąda zwrotu ziem, z których został wywłaszczony.
Największa bitwa wciąż przed
nimi o kompleks lednicko-valticki wpisany na listę Unesco a położony na
Morawach, w okolicy miasta Mikulov.
Te dwa wspaniałe pałace połączone ze sobą
obłędnym parkiem zostały odebrane Lichtensteinom i do dnia dzisiejszego rząd
czeski blokuje ich zwrot prawowitym właścicielom. I wiecie co, wcale się
Czechom nie dziwię, bo kto by chciał pozbywać się takiego cacuszka ? Ulubiona
letnia rezydencja Lichtensteinów rzuciła mnie na kolana, rozmach całego
założenia, oranżeria, parkowe stawy, romantyczne zakątki, to wszystko sprawia,
że chce się tam zostać na zawsze. Charakterystycznym punktem orientacyjnym jest
59 metrowy minaret, który ozdabia serce parku. Co tam robi ten element
właściwy dla architektury Orientu ?
W odpowiedzi dostajemy kolejne
potwierdzenie na to, że członkowie tego zacnego rodu byli i są lekko stuknięci.
W parku miał powstać piękny kościół, żeby mieszkańcy okolicznych miasteczek
mogli swobodnie uczestniczyć w nabożeństwach ale lokalny samorząd nie chciał
współfinansować tego przedsięwzięcia tak więc książę w ramach czystej
złośliwości wybudował tylko za swoje pieniądze nic innego jak minaret a działo
się to w latach 1797 – 1804. Błądząc po korytarzach Lednickiego zamku naprawdę
czułam się jak w domu ale dopiero w bibliotece uczepiałam się palcami ściany i
zarzekałam w duchu, że nie opuszczę tego miejsca. Myślicie, że książki tak na
mnie podziałały ? Nic z tego, obezwładniły mnie schody – najpiękniejsze kręcone
schody jakie w życiu widziałam, wykonane z jednego kawałka drewna. Balustradę rzeźbiono 20 lat ale warto było
czekać właścicielom Lednic na to arcydzieło.
Nie będę pisała, jedźcie na
Morawy, zobaczcie to sami - na pewno warto bo włócząc się po czeskich
miasteczkach ciągle napotykam ślady rodu na literę „L” – uzdrowisko Velke
Losiny i zamek o tej samej nazwie, kolejny pałac – Sternberg, 1340 km
kwadratowych czeskiej ziemi, to ziemia Lichtensteinów.
Napisałam to wszystko i nadal
wiem, że nic nie wiem, chociaż wraca mi uśmiech i pogodne nastawienie, kiedy
sobie przypomnę, że Unia Europejska siedemnastokrotnie prosiła o możliwość
przyłączenia się do Lichtensteinu, nie odwrotnie.
niedziela, 14 października 2012
Herkules z Goszcza
![]() |
| Rzeźba Herkulesa wykonana z piaskowca. |
Jesień to zdecydowanie moja ulubiona pora roku, czas kiedy liście mienią się kolorami rdzy a wiejący wiatr roznosi je po okolicy według własnego planu. Nasycony ciepłymi barwami winobluszcz obrastający ścianę mojego domu w jednej chwili przestał istnieć, nie zdążyłam nawet nacieszyć się jego widokiem. To co z mozołem odrodziło się wiosną jesienią zabrał zwykły podmuch wiatru. Wiem jednak, że w marcu, ten smutny szkielet suchych gałązek oplatających mur pokryje się świeżymi zielonymi liśćmi, przyroda odrodzi się do życia, nabierze sił witalnych i znowu zaskoczy mnie feerią barw. Są jednak miejsca, którym brak mocy zmartwychwstania, miejsca o których zapomniał człowiek i o które upomina się przyroda. I czasami bardzo żałuję, że nikomu na nich nie zależy, nikt o nich nie pamięta i skazane są na zagładę chociaż na to nie zasłużyły.
Goszcz – niewielka wieś niedaleko Twardogóry kojarzy mi się jednoznacznie z fabryką mebli Bodzio należącą do jednego z najbogatszych Polaków – Bogdana Szewczyka. Przypomina mi o tym gazetka reklamowa, którą często znajduje w skrzynce na listy, nie pozwalają zapomnieć salony firmowe wyrastające we Wrocławiu jak grzyby po deszczu. Nigdy nie widziałam celu w tym żeby wybrać się właśnie tam na wycieczkę, bo i po co ? Przypadek sprawił, że przejeżdżałam przez Goszcz i mojej uwagi nie przykuły prywatne latyfundia wyżej wspomnianego człowieka a niepozorna, chyląca się ku upadkowi dziwna budowla, o której nigdy w życiu nie słyszałam. Nie zatrzymałam się wtedy żeby sprawdzić cóż to ale postanowiłam wrócić za jakiś czas na rekonesans. Stacja PKP Twardogóra Sycowska leży dokładnie 35 kilometrów od stacji Długołęka, 45 minut pociągiem a potem 6 kilometrów niebieskim szlakiem pieszym do Goszcza. Dzisiaj wiem że warto było się zgubić, pójść w przeciwnym kierunku prosto do Milicza, łapać stopa i wracać do Goszcza po to żeby znaleźć się w innej czasoprzestrzeni.
![]() |
| "R" jak Reichenbach. |
To co wyszukałam w sieci na temat majątku Reichenbachów jest niczym w porównaniu z tym co spotyka człowieka na miejscu - szok to najdelikatniejsze słowo. Powolne umieranie czegoś co kiedyś nazywano śląskim Wilanowem. Szkielet budowli którą cegła po cegle zabiera upływający czas i pożera dzika dżungla otaczającego parku. Najdziwniejsze jest to że w przypałacowych zabudowaniach mieszkają ludzie, każdego dnia patrzą na agonię tego cudownego zabytku ale czy go zauważają ? Na dziedzińcu życie toczy się swoim rytmem, dzieci biegają po trawie, pies na łańcuchu ujada niemiłosiernie bo ktoś obcy wkroczył na jego terytorium. Kolorowe kubły przypominają, że jesteśmy członkami Unii Europejskiej – segregujemy odpady. Sterczące z okien anteny satelitarne wycelowane są w pałac niczym lufy armat, jeden mały wystrzał i zostanie z niego kupa gruzu.
![]() |
| Jedna z bram prowadząca na dziedziniec. |
Mieszkańcy odgrodzeni od ruiny małym betonowym murem oznaczonym tabliczką „uwaga – grozi zawaleniem” wydają się być obojętni. Władze miasta Twardogóra, które „zabezpieczyły” w ten sposób to cmentarzysko w spokoju czekają aż wspaniałe rzeźby, dziś już pozbawione głów a zdobiące fasadę pałacu roztrzaskają się o beton spadając z wysokości. Komu potrzebny jest pałac w Goszczu ? Zadbany kiedyś park dzisiaj straszy każdego kto odważy się pójść pierwszą lepszą ścieżką, kawałki potłuczonego szkła mienią się w słońcu niczym diamenty, butelka po wódce Sobieski stojąca na postumencie zamiast jakiejś rzeźby jest dla mnie oczywistym symbolem totalnego upadku tego miejsca.
![]() |
| Słupy podtrzymujące bramę wjazdową od strony parku. |
Przepiękne jezioro ze sztuczną wyspą znajdujące się tuż obok daje mi nadzieję, że nie wszystko stracone ale kiedy potykam się o stertę butelek po piwie spacerując po wyspie opuszcza mnie optymizm. Nie ma już oranżerii którą rozebrano, nie ma wspaniałych mebli, porcelany, futer, dywanów i bibelotów które po wojnie Rosjanie w wagonach odesłali na wschód, nie ma czego ratować przecież w 1947 roku wybuchł pożar. A jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi nawet w 65 lat po celowym zaprószeniu ognia majątek Reichenbachów wciąż istnieje, ich mauzoleum ozdobione rodowym herbem również, chociaż padło ofiarą mało zdolnych współczesnych graficiarzy. Mimo wszystko mam wrażenie, że za dziesięć lat nie będzie śladu po pałacu a życie będzie toczyło się dalej jak gdyby nigdy nic. Prawie zupełnie zawalony balkon z przepięknie zdobioną oryginalną balustradą czeka na złomiarzy, nie ma ratunku dla tego zabytku, wszyscy czekają na jego śmierć. Tylko cudem ocalała i odrestaurowana rzeźba Herkulesa walczącego z Hydrą stojąca dzisiaj w Twardogórze będzie przypominała o swoim miejscu pochodzenia ale nic w tym dziwnego przecież był on bogiem zwycięstwa i nie bez powodu Rzymianie nadali mu przydomek – invictus – niezwyciężony.
![]() |
| Fasada kiedyś. |
![]() |
| Fasada pałacu z rzeźbami bez głów. |
![]() |
| Pałacowy balkon kiedyś. |
![]() |
| Oryginalna kuta balustrada balkonu dziś. |
![]() |
| Widok ze sztucznej wyspy na jeziorze. |
![]() |
| Widok z mostku na jeziorze. |
![]() |
| Pałac w Goszczu z lotu ptaka. Zdjęcie ze strony www.goszcz.pl |
Dwa stare zdjęcia pochodzą ze strony www.goszcz.pl
sobota, 15 września 2012
Kryptonim "KORONA"
Nie, nie chodzi o lokalne
centrum handlowe na wrocławskim Psim Polu, lub jak to udało się przejęzyczyć
znajomemu – „Sucym Polu”. Tytuł odnosi się do zupełnie innej
sprawy, związanej z kulturą wysoką a przede wszystkim ze sztuką. Lubię muzea, wszystko jedno, małe czy duże,
ważne, że w ich wnętrzach mogę się zetknąć z historią, skojarzyć fakty,
przypomnieć sobie coś o czym czytałam. Wizyta w każdym muzeum sprawia, że
historia zapisana na milionach kart grubych ksiąg nagle się materializuje, przybiera
kształt złotego naszyjnika czy pozornie zwykłego, glinianego dzbana. Nuda
powiecie, no może i nuda ale nie dla mnie. Zupełnie inaczej smakują historie o
wampirach po wizycie w zamku hrabiego Draculi, w Transylwanii noc naprawdę jest
czarniejsza. Szaleństwo Heinricha Schliemana niemieckiego kupca, który po dogłębnej
analizie „Iliady” Homera poświęcił życie poszukiwaniu starożytnej Troi
uwidacznia się dopiero w momencie, kiedy na własne oczy zobaczymy ruiny tego
miasta. Bure, spalone słońcem, zupełnie pozbawione kolorytu wykopaliska a jednak to tętniąca
kiedyś życiem Troja króla Priama. O skarbach z grobowca faraona Tutenchamona
przeczytałam bardzo dużo, jak musiał się czuć ich odkrywca Howard Carter, nie
miałam pojęcia. Warto jednak było pojechać do Londynu autobusem pełnym śpiewających
Cyganów na olśniewającą wystawę
kilkudziesięciu przedmiotów wypożyczonych z kairskiego muzeum. Dzisiaj wiem, że
Howard Carter w dniu odkrycia tego wspaniałego skarbu był pijany ze szczęścia.
Ile jeszcze takich przykładów
odkrywa przed nami historia, na pewno setki jeśli nie tysiące. Zaczęłam się
zastanawiać czy odnaleziono coś w tak
spektakularny sposób w naszym pięknym kraju,
przyszło mi do głowy kipu – inkaskie pismo węzełkowe odkryte na zamku w
Niedzicy a potem zrozumiałam, że najciemniej jest zawsze pod latarnią.
![]() |
| Monety z wykopanych dzbanów. |
Późną wiosną 1985 roku podczas
prac na starym mieście w Środzie Śląskiej operator koparki natrafił na 9
litrowy dzban wypełniony ponad trzema tysiącami średniowiecznych monet, zostały
one przekazane odpowiednim ludziom i trafiły do muzeum archeologicznego we
Wrocławiu. Nic wielkiego, jednak trzy lata później podczas prac budowlanych niedaleko miejsca poprzedniego odkrycia grupa
robotników wydobyła z ziemi 1200 identycznych monet. Na szczęście Milicja
Obywatelska zareagowała niemal błyskawicznie i po dłuższych rozmowach
pracownicy zgodzili się oddać skarb, złote monety które ukryli przed MO zdołali odebrać
im agenci SB, którzy również pojawili się na miejscu. Z ziemi wydobyto również fragment
dzbana w którym przechowywane były monety, jego uszkodzenie wskazywało, że
został on równo obcięty łyżką koparki zatem po jak sądzę wnikliwej analizie
postanowiono przeszukać ziemię i gruz z wykopu wywożone na podmiejskie
wysypisko śmieci. Zanim na miejsce
składowania dotarła Milicja Obywatelska i agenci Służb Bezpieczeństwa
informacja o odkryciu skarbu rozeszła się po mieście pocztą pantoflową. Tłumy
niewykwalifikowanych poszukiwaczy przygód i skarbów ruszyły na polowanie. Do
dnia dzisiejszego nie wiadomo ile przedmiotów składało się na skarb średzki i
jak sądzę do dnia dzisiejszego trwa akcja już nie MO a Policji pod kryptonimem „KORONA”, której celem było odzyskanie rozkradzionych klejnotów.
Po zabezpieczeniu materiału z wykopu i przesianiu ziemi służbom udało się
odkryć kolejnych 46 monet, reszta skarbu w tym jego najbardziej wartościowe fragmenty zostały odkryte przez mieszkańców
Środy Śląskiej. Niestety żaden ze szczęśliwych znalazców nie chciał dobrowolnie
oddać skarbu, był on systematycznie konfiskowany przez Milicję podczas
nielegalnych prób jego sprzedaży. W ciągu dwóch miesięcy od odkrycia wiele
fragmentów złotego znaleziska zostało odzyskanych przez MO dzięki rewizjom w
domach mieszkańców. A wreszcie
Ministerstwo Kultury i Sztuki ogłosiło abolicję i każdemu kto dobrowolnie odda
skarb proponowano trzykrotną wartość posiadanego fragmentu złota. A więc
oddawano pierścienie i pogięte części wspaniałej korony ale ozdabiające je
szafiry i rubiny już niekoniecznie.
![]() |
| Zapinka - bransoleta. |
Skarb ze Środy Śląskiej
widziałam tylko raz w Muzeum Narodowym Wrocławia, w specjalnej klitce z
kuloodpornymi szybami którą nazywam komórką pod schodami. Oczywiście należało zapomnieć
o towarzyszącym wystawom na całym świecie zapleczu dla zafascynowanego „oglądacza”
w postaci książek, pocztówek czy jakichkolwiek materiałów promujących takowe
wydarzenie. Na co dzień skarb można oglądać w Muzeum Regionalnym Środy Śląskiej
chyba, że akurat przebywa na światowym tournée. Bo pewnie nie wiecie, że władze
hiszpańskiej prowincji Kastylia i Leon bardzo długo zabiegały o wypożyczenie
korony z początków XIV wieku na wystawę o splendorze panowania królowej Izabeli
Katolickiej. A co to za królowa ? Na przykład w czasie jej panowania Krzysztof
Kolumb odkrył Amerykę, a co ma do tego korona średzka ? Opis identycznego
przedmiotu znajdował się w XV wiecznym inwentarzu klejnotów królowej Izabeli i
do dziś eksperci z madryckiego uniwersytetu nie są w stanie stwierdzić czy to
ta korona, czy jej doskonała kopia pochodząca z rąk tego samego artysty.
![]() |
| Korona średzka. Wartość całego skarbu szacuje się na 250 mln dolarów. |
Niestety nie wiemy z całym
szacunkiem dla mieszkańców Środy Śląskiej czy klejnoty monarsze to całość skarbu, czy gdzieś w prywatnych kolekcjach nie znajdują się
jeszcze bardziej olśniewające dzieła starych mistrzów złotnictwa. I nigdy się
tego nie dowiemy. A może jest jakaś nadzieja, bo przecież wspomniany wcześniej Heinrich
Schliemann podczas wykopalisk w Turcji odkrył zbiór złotych przedmiotów:
pierścienie, kolczyki, naczynia ale najwspanialsze były dwa diademy. Jeden z
nich wyk0nany został z ponad szesnastu tysięcy złotych ogniw utkanych w
misterny wzór. Diadem był tak piękny, że ogarnięty obsesją odkrycia Troi
Schliemann uznał iż jest to diadem Heleny trojańskiej. Podczas II wojny
światowej skarb Priama zaginął i nigdy nie natrafiono na najmniejszy ślad jego
istnienia aż do 1996 roku kiedy to oficjalnie odnalazł się w Rosji. Mam więc
nadzieję, że kiedyś do wiadomości publicznej zostanie podane, że pozostała
część skarbu ze Środy Śląskiej spokojnie spoczywa w piwnicach Ermitażu albo
Muzeum Sztuk Pięknych imienia Puszkina w Moskwie.
piątek, 24 sierpnia 2012
Zatoka Neptuna
Nigdy tam nie byłam i nie będę, tak jak nigdy nie będzie żadne z Was bo tej pięknej, wspaniałej i tętniącej życiem zatoki już nie ma. Pozostały gęste krzaki, rudery, zwały ziemi i rzeka której nurt nieustannie zmierza w kierunku Bałtyku. Czasami w upalne, letnie dni, kiedy poziom wody znacznie się obniża z jej dna wyłaniają się szkielety starych barek i one na swój sposób przypominają o dawnej świetności tego miejsca. Zatokę Neptuna kochają wędkarze, wodniacy i miłośnicy historii miasta, dla nich jest ona miejscem magicznym, które pragną przywrócić do życia.
Miasta też już nie ma, tamtego miasta, które zachwyciło urodą samego Napoleona. Wszystko to co miało wartość materialną, historyczną czy zwyczajnie ludzką – sentymentalną zostało zniszczone w czasie II wojny światowej. Przetrwały zdjęcia, stare pocztówki i spisane wspomnienia ludzi, dla których wypicie zimnego piwa na Tarasach Odrzańskich w Zatoce Neptuna było tylko miłą chwilą orzeźwienia.
![]() |
| Tarasy Odrzańskie w Zatoce Neptuna. |
Dzisiaj jak patrzę na te stare wizerunki miasta to chce mi się płakać bo Głogów sprzed lat nie istnieje. Ten współczesny dzielnie buduje swoją przyszłość bo Festung Glogau zawsze walczy do końca, do ostatniej kropli krwi.
Ironicznie często nazywany prowincjonalnym miastem pozostaje na uboczu - zapomniany, w samotności i z mozołem odbudowuje się z popiołów. Bo Głogów zniszczony w czasie wojny w 95 % nieprzerwanie od 1945 roku jest wielkim placem budowy. Współcześnie kojarzymy go wyłącznie z miedzią i firmą KGHM Polska Miedź S.A. - krajowym monopolistą w dziedzinie wydobycia tego surowca i to jest największa pomyłka.
![]() |
| Głogów po wojnie. |
![]() |
| Zniszczenia wojenne. |
Naprawdę warto poświęcić dzień swojego życia na wycieczkę do tego miasta, pospacerować jego uliczkami, zajrzeć do zamku, kolegiaty, zejść do fosy a potem koniecznie wdepnąć do księgarni Feniks, w której można kupić świetne pocztówki z serii jak to kiedyś było. Jeśli nie przekonuje Was to co napisałam wejdźcie na stronę sit.glogow.pl , której może pozazdrościć każde polskie miasto i wybierzcie zakładkę zdjęcia.
A potem pomyślcie o Głogowie inaczej niż zwykle.
![]() |
| Głogów 1904 rok |
![]() |
| Rejon Zatoki Neptuna wczoraj... |
![]() |
| ... i w 2011 roku |
sobota, 18 sierpnia 2012
Przerwa na reklamy
Reklama Polskich Linii Oceanicznych to wewnętrzne strony okładki książeczki z 10 widokówkami Gdańska. Oryginalna pamiątka pochodząca ze sklepu pokładowego na M/S Batory.
Źródło: archiwum domowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)
.jpg)





































